Czy naprawdę wymyśliłem
Kategorie

Czy naprawdę wymyśliłem

Czy naprawdę wymyśliłem jego sprawę? Gdybym poje­chał do Zagłębia, na nową ziemię, skąd zjawił się ku nam ze swoją nadzieją, sprawdziłbym, być może, ho­ryzont, na który wstąpił tamtej wiosny — i stopień mego szaleństwa. Pojadę, oczywiście, wagonem sypialnym — serce mi nieco dolega. 7 kwietnia Białe niebo spadało coraz niżej, tuż za horyzontem przyciskało do błota nie otynkowany budynek admini­stracji, łagodnym łukiem otaczało płaskie nie zalesio­ne wzgórze, a nieco niżej ostrym klinem wrzynało się w czerń mokrego wykopu. Oto pierwszy obraz dla rozespanych oczu, patrzących na wiosnę z wysokości metr siedemdziesiąt nad rozbabraną ziemią. — Przyjdziesz po mnie? — zapytała Maria. — Jasne — odpowiedział. — Na niedzielę pojedzie­my do Wrocławia. Patrzył przez chwilę na twarz dziewczyny, obrzmia­łą jeszcze snem, miękką, obłą. — To męcząca podróż — powiedziała. Skrzywił się niechętnie. — Nie bądź taka leniwa. Za dziesięć lat, kiedy już nie trzeba będzie jeździć, będziesz miała twarz starej kobiety. Zaśmiała się niskim, piersiowym głosem —• Nie wiem, co to znaczy: za dziesięć lat. Dotknął jej ramienia. Drżało leciutko pod wełną cienkiej kurtki, nie wiedział: z chłodu czy z tego śmie­chu, od środka, z piersi. Jej górna warga wciąż uno­siła się nad rzędem drobnych zębów, nieco wysunięte do przodu kiełki nadawały twarzy wyraz szczenięcej drapieżności. —- Przestań — powiedział ściskając mocniej jej ra­mię. — Przestań tak się śmiać. — Jak? Przechyliła głowę i zajrzała mu w oczy. Odwrócił się z brzydkim grymasem. Zrobił kilka kroków, mie­sząc gumiakami ciężkie błoto drogi. Kiedy się zatrzy­mał twarzą ku wschodowi i czerwonawy grzbiet słoń­ca, wydymający się za wysoką szyją zwałowarki, ura­ził mu źrenice, usłyszał za sobą trochę podniesiony głos Marii: — Co jest, Paweł? Dziwaczejesz, nie?! Zamachał nagle rękami, jakby odpędzając od siebie wszystko, co wątpliwe, nijakie i fałszywe. — Jasny gwint! — zawołał odwracając się do niej z ogłupiałą twarzą. — Pewnie! Właśnie! Kołysząc głową i śmiejąc się wrócił do dziewczyny i znowu położył rękę na jej ramieniu. — W sobotę pojedziemy do Wrocławia — powie­dział. — Wieczorem pójdziemy do teatru, a potem wynajmiemy pokój i nie ruszymy się z łóżka przez cały dzień... Jeszcze raz pokazała rząd drobnych zębów z wysu­niętymi do przodu kiełkami. Górna warga obsypana ciemnym puszkiem poruszyła się zwierzęco. — Można i tak — zmrużyła oczy i pokiwała szybko głową. — Czemu nie. Hałas z odkrywki narastał. Ruszyły koparki, po­biegły taśmociągi. Zza czerwonego budynku admini­stracji powoli wypełzał wąż wywrotek — samochody z trudem przedzierały się przez ciężkie ciasto rozbeł-tanej drogi. Paweł pocałował Marię w usta i pchnął

Poprzedni - Ludzkiej wiel­kości (podobnie
Następny - Ją lekko. Przyglądał

Strony pokrewne